Północnej wycieczki część druga

sobota, 8 marca 2014 0 comments

Kushiro (釧路) oraz wioska Ainu, znajdująca się nad Jeziorem Akan (阿寒湖), to główny powód, dla którego w ogóle odbyłam całą wycieczkę. Gdyby nie moja całkiem niedawna mini-obsesja na punkcie kultury, języka oraz praw Ainu, nie wiem, czy bym na Hokkaido pojechała, a nawet jeśli – wątpię, czy bym zawędrowała tak daleko od Sapporo, jedynego miejsca na Hokkaido, o którym co nieco wiedziałam wcześniej.


Jednak cieszę się strasznie, że pojechałam, ponieważ właśnie takie miejsca lubię: niby nic nie ma, ale klimatu mnóstwo i jeśli człowiek nie szuka tych wielkich atrakcji, to do zobaczenia czy doświadczenia naprawdę trochę jest. No i dopiero w Kushiro zobaczyłam Hokkaido takim, jakie je sobie wyobrażałam: pełne przyrody i niezapchane rozrastającymi się niepotrzebnie miastami. Niby trochę tego można znaleźć w oklicach Sapporo, np. na drodze na lotnisko, ale to jednak nie to samo.
Z turystycznego punktu widzenia Kushiro nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Ulotki informują głównie o tym, co jest dookoła samego miasta: mnóstwo miejsc by łazić, żurawie mandżurskie, wspomniana już wioska Ainu… Żadne atrakcje w stylu Tokio czy Kioto, ale też nie takie znowu nic, co warto podkreślić, bo wbrew pozorom i reklamom mało kto się zapuszcza w okolice wschodniego Hokkaido, a szkoda.
Miałam szczęście i nieszczęście zarazem, że mój nocny autobus dotarł do Kushiro o jakiejś 5:20 rano. Ałć! Nie jestem rannym ptaszkiem, ale też skoro już musiałam nie spać o tak barbarzyńskiej porze, to postanowiłam to wykorzystać i, zostawiwszy walizkę w szafce na stacji kolejowej, poszłam się poszlajać trochę po samym mieście.

Pierwszy widok na Kushiro.

Kościółek przy stacji kolejowej.




Przystanek przyozdobiony żurawiami.



Most Nusumai.

Most Nusumai.



Niebezpieczne kule do kręgli, nie karmić!

Kolejny kościółek, a przy nim - katolickie przedszkole.

To są wszystko zdjęcia zrobione pierwszego dnia bladym świtem i nie wiem, czy to przez mgłę, czy przez brak ludzi i związaną z tym ciszę, czy przez coś jeszcze innego, ale podczas tamtego spaceru Kushiro zaskarbiło sobie specjalne miejsce w moim sercu. Takie nieduże portowe miasteczko, które wyraźnie nadal z tego portu i z morza żyje, gdzieniegdzie widać wpływy bardzo zachodnie, a z kolei w innych miejscach, jakby wciśnięte i nieco schowane, są domki czy knajpki bardzo japońskie. Jak to w typowym portowym miasteczku, wszystko się miesza. I nawet kiedy następnego dnia odbyłam podobny spacer, ale już za dnia, moje wrażenia nie zmieniły się wiele, więc to chyba jednak nie zasługa mgły ani wczesnej pory.


Zegar nazwano "flower bed", więc zgaduję, że na wiosnę kwitnie.






Po prostu dużo spokoju, zero tego miejskiego pośpiechu wszędzie i za wszelką cenę, przyjaźni ludzie. Chyba właśnie tam najbardziej odpoczęłam, pomimo iż wcale nie czuję, jakobym leniuchowała. Z wielką, naprawdę wielką chęcią wrócę kiedyś do Kushiro, jeśli będzie okazja, to miejsce ma, jak dla mnie, świetny klimat, który mi odpowiada, chociaż wiem, że raczej nie byłabym tam w stanie zamieszkać, bo jednak lubię mieć łatwy dostęp do większych centrum handlowych.
Wspomniałam o żurawiach? Tak, żurawie mandżurskie też poszłam zobaczyć. Co ciekawe, dowiedziałam się o nich dzień wyjazdu do Osaki: w irlandzkiej restauracji, gdzie jadłam kolację, jak tylko wspomniałam, że będę w Kushiro, to Tony, właściciel, wyjął skądś książkę o ptakach, wskazał mi żurawie i powiedział, że koniecznie muszę je zobaczyć. Nie jestem pasjonatem ornitologii, nadal ledwo co odróżniam wronę od kruka, ale gdyby Tony nic mi o żurawiach nie powiedział, to, pomimo paru stron w ulotkach turystycznych, pewnie bym nie pojechała. Nie wiem, czy bym żałowała, jak już powiedziałam, żaden ze mnie miłośnik ptaków, ale pojechałam i się cieszę, bo nie tylko pozwoliło mi się to trochę obudzić po przyjeździe, ale też zawsze ciekawie zrobić coś innego, niż byśmy normalnie zrobili.

Tsuru-midai (punkt obserwacyjny żurawi).

Ludzie stłoczeni przy płocie.

Żuraw jaki jest - każdy widzi. ;)




Punkt obserwacyjny fantastyczny, zwłaszcza dla takich jak ja – podejrzewam, że pasjonaci woleliby czaić się w krzakach, aż zobaczą żurawia w dziczy, zamiast iść na łatwiznę i skorzystać z turystycznej opcji. W dwóch sprawach się też zdziwiłam. Po pierwsze, żurawie były nieco większe, niż się spodziewałam. To znaczy, wiedziałam, że to duże ptaki, nie żadne wróbelki, ale myślałam, że są odrobinę mniejsze. A po drugie – o rany, jakie te żurawie były głośne! Punkt obserwacyjny był dosłownie na zadupiu, raz na jakieś 15 minut przejechał jeden samochód i poza tym jedynym źródłem dźwięków byli ludzie oraz klikające aparaty. W takiej ciszy jak się żurawie rozdarły (dwa chyba nawet się o coś biły), to za pierwszym razem aż podskoczyłam, kompletnie zaskoczona odgłosem.
Jako że w Kushiro wszystko, czy też większość, można oblecieć w przeciągu dnia, jeśli nie uwzględniamy wycieczek na oglądanie żurawi, na przykład, to nie zdziwcie się, że moja relacja z tego miejsca kończy się tutaj. Przez resztę czasu bawiłam się wyśmienicie z moimi hostami z Couchsurfingu i ich znajomymi. Nie ukrywam, lubię podróżować w pojedynkę, to tańsze i wygodniejsze, bo nie trzeba się nikomu z niczego tłumaczyć, człowiek robi to, na co ma ochotę. Ale cieszę się ogromnie, że trafiłam na tak świetnych hostów. W jednym zdaniu: nie czułam się, jakbym surfowała, a raczej jakbym odwiedzała starych znajomych.
No i, nie żebym była interesowna, ale gdyby hości i ich znajomi nie okazali się tak świetnymi ludźmi, to mój pobyt w wiosce Ainu byłby droższy o sam przejazd i krótszy o godziny autobusów. A tak – załapałam się na podwózkę samochodem oraz towarzystwo aż do godziny wyjazdu do Otaru.
Zanim przejdę dalej, wprowadzę Was chociaż odrobinę w temat Ainu, bez których możliwe, że nie byłoby wycieczki. Otóż Ainu są rdzennymi mieszkańcami wyspy Hokkaido, ale także i okolicznych wysepek, a nawet i niektórych pobliskich rejonów dzisiejszej Rosji. Mówiąc o Ainu dzisiaj, należy o nich myśleć jak o Indianach w Stanach Zjednoczonych: mocno wytępieni przez najeźdźców (w przypadku Ainu: Japończyków), przez lata traktowani jako gorszy gatunek człowieka, do relatywnie niedawna wręcz pozbawiony praw, a obecnie traktowany jak wystawa, z której wyciska się wszystko, co może być atrakcyjne z turystycznego punktu widzenia, póki jeszcze jacyś ostatni są. To bardzo smutne, co człowiek potrafi zrobić drugiemu człowiekowi, ale przeszłości nie zmienimy, możemy za to postarać się o przyszłość, jakkolwiek górnolotnie to nie zabrzmi. Kultura oraz język Ainu wydają mi się mieszanką wpływów japońskich i rosyjskich (zrozumiałe, wystarczy spojrzeć na geografię), a jeśli chodzi o, że tak powiem, podejście do życia, to jest chyba takie samo, jak u większości indian czy jakichkolwiek rdzennych plemion: żyć w zgodzie z naturą, skupiając się głównie na życiu z rolnictwa i myślistwa. A jak dla mnie wisienkę na tym kulturowym torciku stanowi fakt, że najdokładniejsze dotąd badania Ainu, zarówno tych żyjących w Japonii, jak i w Rosji, przeprowadził Bronisław Piłsudski, brat Józefa Piłsudskiego! Gdyby nie on i jego antropologiczne zainteresowania, pewnie wraz z wytępieniem Ainu zniknęłabym wszelka wiedza o nich i ich kulturze, że znajomości języka nie wspomnę (nawet dzisiaj baaardzo niewiele jest osób posługujących się językiem Ainu, to język mocno zagrożony wymarciem).
Po takim wstępie pewnie nie zdziwi Was, że wiosce Ainu daleko było do oryginału, za to bliziutko, bliziutko do turystycznej idylli balansującej prawie na zjaponizowanej wizji miasteczka Świętego Mikołaja. Ponownie, bardzo to smutne, ale jednocześnie jeśli to sprawi, że ktoś się kulturą Ainu zainteresuje, to coś dobrego może jeszcze z tego wyniknąć. Ważne, że są jeszcze Ainu żyjący w Japonii – jeden z nich prowadził jeden ze sklepów z pamiątkami i można było poznać, że nie jest tak do końca japoński. Chociaż, ciekawostka, genetycznie współcześni Japończycy są Koreańczykami, a Ainu od zawsze byli Ainu i zawsze mieszkali na tej samej wyspie – kto więc jest japoński, a kto nie?
Ale, bo odchodzę od tematu, pomimo iż nie mogłam spędzić prawdziwie intelektualnego dnia, wioska nie oferowała zbyt wielu możliwości poznawania kultury ani historii Ainu, za to wiele miejsc do kupienia pamiątek, cieszę się, że pojechałam. Chłonęłam tyle z tej kultury, ile tylko było do wchłonięcia, cieszyłam się zimą (-15°C, jak przyjemnie szczypało w policzki!) i towarzystwem nowych znajomych, a także pierwszym, odkąd pamiętam, spacerem po zamarzniętym jeziorze. Wieczorem zaś, ponownie, w mało tradycyjny, a w wielce turystyczny sposób, odbył się mały pokaz, w którym uwzględniono parę elementów kultury Ainu, wiele zabaw na śniegu/lodzie oraz fajerwerki. Chyba żaden japoński festiwal nie jest kompletny bez pokazu sztucznych ogni…



Ze śniegowym Troskliwym Misiem. 



Zamarznięte Jezioro Akan. Tak, tam są zaparkowane samochody.

Lodowisko.





Lodowa zjeżdżalnia - żebym ja miała na sobie nieprzemakalne spodnie, to też bym się z tego cieszyła!

Wejście do wioski Ainu.




Widok na wioskę z góry.







Szaszłyki z... jeleniny. Przysmak wschodniego Hokkaido ogólnie i akurat teraz jest sezon!

Lodowa świątynia.


Lodowy bar. W środku igloo faktycznie był bar, ale zatłoczony strasznie.

Wieczorny pokaz.

Zapalenie ogniska cz. 1.

Zapalenie ogniska cz. 2.

Tyle luvle!

Taniec z ogniem.

Północnej wycieczki część pierwsza

piątek, 7 marca 2014 0 comments

Och, te dwa tygodnie podróży zrobiły mi dużo dobrego! Niby przedtem też odpoczęłam, ale to zupełnie inny rodzaj odpoczynku, w domu, na zadku i w piżamie, a poza domem.
Chociaż przed wypadem na Hokkaido spędziłam kilka dni w Osace, nie ma co się o tym za bardzo rozpisywać. Osakę, i pobliską Takarazukę oraz Nishinomiyę, znam całkiem dobrze, spędziłam tam w końcu trzy miesiące i to był mój pierwszy pobyt w Japonii – te kilka dni bardziej skupiały się na spotkaniach ze znajomymi, moją host rodziną i byłą nauczycielką, nie na podróżowaniu. Jedyne co z podróżowania miałam, to wycieczki po knajpach, których wcześniej nie znałam, dzięki czemu i zaspokoiłam moje łaknienie porządnego hamburgera oraz pizzy, i spróbowałam kuchni luizjańskiej (o mój Boże, luizjańska jambalaya! Zakochałam się!), i odkryłam jedno z najlepszych miejsc na ziemi jakim jest Space Station: bar, gdzie za cenę minimum jednego drinka (a te też są pycha) można grać do woli na konsolach starych i nowych, w gry stare i nowe. Cudo, po prostu cudo!
Ale zanim przejdę do opowieści o zimowej krainie zwaną Hokkaido, chcę pokazać Wam kilka zdjęć z jednego parku, w którym kwitły pierwsze śliwy.






Czemu Wam to pokazuję? Cóż, kwiaty są ładne, ale bardziej chodzi mi o pokazanie Wam kontrastu między regionem Kansai, w którym mieści się Osaka, a Hokkaido.


To tylko góra ze śniegu zgarniętego z dróg i chodników, ale kontrast i tak jest świetny: wiosna w jednym miejscu w kraju, środek zimy w innym. W tym wypadku nie mówimy już o różnicach pogodowych w kraju, jak byśmy mówili w przypadku Polski – tu mamy do czynienia z najzwyczajniejszymi w świecie różnicami w klimacie. Drobnymi, bo, według klasyfikacji Köppen-Geigera, tylko z klimatu umiarkowanego (Osaka – ha, jeśli to lato ma być umiarkowane, to ja jestem dinozaurem!) do zimnego (Hokkaido).
Ale odchodząc już od gadek o klimacie, a przechodząc do sedna sprawy, czyli do samego mojego wypadu. Nie powiem, tydzień prawdziwej, normalnej, nie-wilgotnej zimy był mi bardzo potrzebny i chociaż nie wszystkie miejsca miały wiele do zaoferowania, to plusy przeważają. Wróciłam z Hokkaido wypoczęta, radosna i z odrobinką żalu, że już czas wracać, bo przez cały czas czułam się tam jak w domu – zarówno dzięki poznanym ludziom, jak i dzięki samemu Hokkaido.
Tu należy wspomnieć, że do Sapporo (札幌), umowna stolica Hokkaido (bo to największe miasto na wyspie i czwarte największe pod względem populacji w całej Japonii), oraz Otaru (小樽), o których mówić będę w tym poście, należy pojechać z dość konkretnym nastawieniem. Otóż jeśli powiecie Japończykom, że tam jedziecie, to wszyscy bez wyjątku zaczną piać z zachwytu albo że strasznie by chcieli pojechać. Ale jeśli pogadacie z Europejczykami czy Amerykanami, którzy tam byli, to powiedzą Wam, że to są nudne miejsca, że niczego tam nie ma i jeśli koniecznie chcecie tam jechać, to na krótko. Po powrocie wiem już dokładnie, dlaczego tak jest. Wszystkie miejsca godne uwagi wymienione przez przewodniki po tych miastach są, cóż, budynkami w europejskim stylu i w przypadku Otaru – sklepami z wyrobami ze szkła, ewentualnie zegarami. Tak, dla Japończyków, zwłaszcza tych, którzy nigdy nie wyjechali za granicę do Europy czy Stanów, są to rzeczy dość egzotyczne, niecodzienne, tego nie ma w innych miejscach w Japonii, a już na pewno nie w takim natężeniu. W większości miejsc, w których byłam, pomijając wieżowce itepe, japońska architektura czy zjaponizowana architektura zachodnia przeważa, podczas gdy w Sapporo i Otaru jest na odwrót. Ale dla Europejczyków nie ma w tym niczego egzotycznego, wymienimy przynajmniej z pięć budynków w stylu antycznym, na przykład, we własnym mieście, że o całej Europe nie wspomnę, a i zegary i szkło też nie są dla nas niczym niezwykłym, nawet jeśli to ostatnie kojarzymy bardziej z Wenecją.

Wieża zegarowa, najsłynniejsza atrakcja w Sapporo. W rzeczywistości jest mniejsza, niż może się wydawać na zdjęciu i po wyjściu na ulicę, na której się znajduję, dobrą minutę zajęło mi odnalezienie jej!


Budynek dawnego rządu Hokkaido, zwany Akarenga (赤レンガ), czyli czerwona cegła.


Uwaga! Budynek rzuca śniegiem w misie.

Wieża Sapporo TV.

Po-prostu-mur.

Po-prostu-brama.

Kanał Otaru za dnia.

Canal Plaza.

Taki tam sobie piesek przed Canal Plaza.

Była siedziba Banku Japońskiego.

Tory dawnej linii kolejowej.

Kanał Otaru wieczorem.

Kanał Otaru wieczorem.

Wszystkie powyższe zdjęcia, za wyjątkiem siódmego, ósmego i tego z pomnikiem pieska, wymienione są w przewodnikach jako turystyczne atrakcje. Sami pewnie widzicie, że mało to japońskie i z naszego punktu widzenia dość zwyczajnie, ot, budynek z czerwonej cegły czy w stylu greckim. Wynika to z historii samej wyspy: aż do czasu Restoracji Meiji (1868) Hokkaido służyło bardziej jako dostarczyciel dóbr (do dziś Hokkaido stanowi główne źródło rolnictwa, mleczarstwa itp.), zaś potem wpływy Zachodu, szczególnie Stanów Zjednoczonych, były tam dość silne i częste, głównie aby uchronić wyspę przed przywłaszczeniem jej sobie przez Rosję. Tak w dużym skrócie, moja znajomość historii Hokkaido jest lepsza, jeśli mówimy o jej rdzennych mieszkańcach, Ainu, ale o tym w następnym poście.
Nie znaczy to jednak, że nie znajdziemy w Hokkaido, czy też konkretniej w Sapporo i Otaru, ani grama tej tradycyjnej Japonii. Wydaje mi się jednak, że poza sporadycznymi domkami gdzieś poza centrum miasta (jeden opiszę Wam za moment), objawia się to przede wszystkim w postaci świątyń, przy czym ja odwiedziłam tylko Hokkaido Jingu (北海道神宮) w Sapporo i przechodziłam obok innej, której nazwy nie zanotowałam, bo była moim punktem orientacyjnym na drodze do hostelu w Otaru.

Hokkaido Jingu






Świątynia przy hostelu w Otaru.

Schody prowadzące do hostelu Morinoki.

Jednak jeśli mam być zupełnie szczera, to najwięcej Japonii, zwłaszcza w Sapporo, poczułam dzięki mojemu hostowi z Couchsurfingu. Opowiem może trochę nie po kolei, ale żeby mi się post ładnie tematycznie zamknął.
Przede wszystkim mój host mieszka w domu żywcem wyjętym z przedwojennej Japonii – podejrzewam, że gdyby jego mama chciała, mogłaby dom podnająć jakiejś ekipie telewizyjnej, by kręcili tam serial historyczny. Wyobraźcie sobie: zapadła już noc i nad Waszymi głowami świecą gwiazdy, jest zima, a wszędzie śnieg. To właśnie z tego białego puchu wyrasta prosty, niski, najwyżej piętrowy, ale rozległy domek, z którego widzicie, tak naprawdę, jedynie ganek oraz charakterystyczne drewniane ściany. Kiedy zaś host rozsunął drzwi – niezamknięte, to przecież bezpieczna Japonia oraz przedmieścia Sapporo na wyspie będącym dość dużym „nigdzie” – zobaczyłam bambusowe maty, którymi wyłożona była podłoga w całym domu oraz kolejne rzędy rozsuwanych drzwi, z których każde prowadziło do prostego pokoju i każde znajdowało się stopień ponad podłogą. Ale jakby na przekór japońskiemu minimalizmowi, każdy pokój skrywał, oprócz mebli typowych dla pomieszczenia (materacy w sypialniach czy stołu w kuchni), poupychane „graty”: rzędy starych komód z wystarczającą ilością szuflad, szafek i skrytek, by schować wszystko i jeszcze więcej; prosty drewniany parawan, który, gdyby stał w innym miejscu, można by wziąć za kolejne papierowe drzwi, a może nawet i rozsuwane okno; lampki rzucające ciepłe, acz dość nikłe światło, przez co każde pomieszczenie wydawało się jeszcze bardziej magiczne, jeszcze bardziej tajemnicze i wyrwane z czasów przynajmniej dwóch cesarzy wstecz… Magia, po prostu magia, i nie ukrywam – czułam, że powinnam mieć na sobie kimono zamiast sportowej bluzy i kozaków.
Jednak chyba o wiele bardziej nieadekwatne poczułam się w tym stroju wcześniej, kiedy mój host zaprowadził mnie do maluteńkiej restauracji, gdzie zjedliśmy kolację i gdzie spróbowałam lokalnego specjału jakim jest karee-jiru (カレー汁), zwanym też czasem curry soup (スープカレー). Restauracyjna była maciupka i sama pewnie bym nawet nie zwróciła na nią uwagi, ale po wejściu… Ach, naprawdę poczułam się bardzo, ale to bardzo nieadekwatnie! W pierwszej chwili zauważyłam kota (oczywiście), ale potem zwróciłam uwagę na panujący dookoła półmrok oraz meble zdecydowanie pamiętające obie wojny światowe, poczułam zapach jedzenia i usłyszałam, ponad rozmawiającymi przyciszonymi głosami biznesmenami, muzykę. Ponownie: czysta magia! Właśnie w takich miejscach odkrywam cuda Japonii, w tych małych, ciemnych i pomijanych, nie w tych z setkami ludzi i oślepiającymi neonami.



Karee-jiru. Pyszności!

I kończąc na jedzeniu, chociaż tym razem nieco szerzej dostępnym, w Sapporo po raz pierwszy spróbowałam dwóch wynalazków: miso ramen (味噌ラーメン) i starbucksowego frappucino o smaku… sakury, kwiatu wiśni!

Zestaw miso ramen z pierożkami gyoza.

Sakura frappucino.

Jeszcze przed wyjazdem wiedziałam, że Sapporo ma swój własny rodzaj ramenu, czyli makaronu w zupie, poza sushi chyba najpopularniejszego dania w Japonii – ale kiedy okazało się, że ta wersja z Sapporo to po prostu ramen z łychą kukurydzy oraz kawałkiem masła (dosłownie, mała kostka masła wrzucona do michy), stwierdziłam, że chyba sobie odpuszczę. Ale miso ramen to rodzaj ramenu pochodzący z Hokkaido, a którego, pomimo możliwości, jeszcze nie miałam okazji spróbować. Więc spróbowałam. I cieszę się bardzo, że zrobiłam to w knajpce, a nie po kupieniu ramenu instant, bo był pyszny. Delikatny makaron, trochę warzyw, dość spory plaster soczystej wieprzowinki – po prostu om nom nom nom nom!
A jeśli chodzi o sakura frappucino… Cóż, nie pierwszy raz miałam okazje spróbować czegoś o smaku kwiatu wiśni, ale jest to smak, który naprawdę trudno opisać. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to że smakuje tak, jak byście oczekiwali, że kwiat wiśni smakuje, czyli kwiatowo. Ale spokojna głowa, popijając frappucino, na bieżąco próbowałam opisać jego smak najlepiej, jak tylko potrafiłam. Na początku smakuje bardzo mlecznie (co jest zrozumiałe, w końcu frappucino jest na bazie mleka), a potem, przez ulotną chwilę, dosłownie ułamek sekundy, ma się wrażenie posmaku białej czekolady… i dopiero wtedy dociera do nas smak kwiatu wiśni. I właśnie wtedy, kiedy go poczujecie, stwierdzacie, że mogliście się tego spodziewać i że gdzieś podświadomie właśnie tak sobie ten smak wyobrażaliście: delikatny, bardzo kwiatowy i słodki, ale słodyczą nienachalną, ulotną, naturalną. Słodyczą, która nie ma pojęcia, co to cukier i która nie przytłacza ani nie zakleja buzi. Wielka, naprawdę bardzo wielka szkoda, że sakura frappucino jest produktem sezonowym, bo wielce mi zasmakowało. Ale z drugiej strony, może to i lepiej dla mojego portfela (Y530 za grande)…?

Wolne i podróże

poniedziałek, 10 lutego 2014 0 comments

Trochę się nie odzywałam, przyznaję i przepraszam. Złożył się na to przede wszystkim nadmiar nauki, który z kolei wpłynął na to, że nie miałam okazji i/lub ochoty się gdziekolwiek ruszać.

Osiem stron notatek na egzamin z kanji.

Poprawianie ankiety, która będzie podstawą moich badań.

Ale, na całe szczęście, to już za mną. Poszły wszystkie egzaminy i prezentacje, pracę w szpitalu skończyłam już wcześniej, zaczynam całe dwa miesiące ferii wiosennych. Póki co wyłącznie odpoczywam i odsypiam semestr (Oksford zdecydowanie rozpieszcza ludzi krótkimi semestrami), ale plany są ambitne: podróżować, ile tylko będę w stanie. Mam już kupiony bilet powrotny do Korei, a o tej porze za dwa tygodnie będę już w Osace, tuż przed podróżą na Hokkaido, w międzyczasie nie zamierzam też zanadto próżnować w samej Kanazale, zatem bez obaw, oto powracam. :)
Tymczasem tyle z ogłoszeń i wyjaśnień, lecę wypoczywać jeszcze trochę.

 
金大生: Przygody studentki Kanazawy © 2011 | Designed by Interline Cruises, in collaboration with Interline Discounts, Travel Tips and Movie Tickets